We wrześniu 1920 r., Wojciech Kossak wyjechał do Stanów Zjednoczonych z misją dyplomatyczną, jako nadzwyczajny wysłannik rządu. Jak wynika z jego listów do żony, głowę malarza zaprzątały jednak finanse. Wyłaniająca się jego listów obsesja na punkcie zarabiania pieniędzy być może była związana z zamiarem wykupienia parceli sąsiadujących z jego posesją zw. Kossakówką. Bez wątpienia malowanie portretów bogatych Amerykanów, a także zlecenia finansowane przez Polonię, miało mu zabezpieczyć dostatnią starość.

Poniżej znajdują się fragmenty, wcale nie jedyne w jego bogatej korespondencji, w których wybijającym się wątkiem są pieniądze. W Ameryce Kossak przeliczał wszystko na polskie marki. Im niższy kurs ówczesnej rodzimej waluty, tym bardziej intratne było zlecenie. Marka obowiązywała najpierw w zaborze pruskim od 1916 r., następnie, do 1924, na terytorium wyzwolonej zjednoczonej Polski, w którym to roku zastąpiła ją złotówka.

[…]

960. Nowy Jork, wtorek, 28 [września, 1920 r.] […] O naszej biednej marce trzeba zapomnieć, boby się człowiek zagłodził albo zamartwił. Śniadanie dziś: herbata i ham and eggs, niby niedrogo, 70 centów, a to wynosi około 170 marek. Za to będę brał za obrazy nie marki, jeno dolary. Będę pisać co dzień, Momo najdroższe, tylko bądź o mnie spokojna. Musze iść, ściskam Cię z całej duszy i córki i synka Coca – Wasz Tato. Od jutra do pracy!

961. Nowy Jork, sobota 2 października [1920 r.] Moja najdroższa Mańciu, […] Mam pyszna pracownie umeblowana (ale jak! nie jest to le petit atelier gentiment arrange de la rue St. Georges). Drogie, bo drogie, dziesięć dolarów dziennie ze służbą, opalem, światłem, łazienką, pokojem sypialnym i kuchenka na gazie. Na marki nie trzeba liczyć, boby człowiek bzika dostał. To Ci powiem, ze numer w hotelu kosztuje mnie 8 dol. = 2000 marek dziennie. Ale już zrobiłem dobry obrazek, żeby przyjść do siebie, bo nic nie robić przez dwa tygodnie to moja choroba, jak wiesz, i to mi już zapłaci i hotel, i miesiąc pracowni, bo czuje już, ze wszystko pójdzie, co daj Boże, dobrze. Polonia mnie wita jak Mesjasza i żal do mnie maja, ze do konsulatu nie telegrafowałem, bo byliby mnie uroczyście w porcie oczekiwali. […] Nowy York jest najwięcej żydowskim miastem na świecie bardzo to smutne i przerażające, ale tak jest, nie są to chałaciarze, ale Zydy. […]

962. Pierwsza niedziela w New York, 3 października [1920 r.] […] Do dwóch rzeczy trzeba się tu przyzwyczaić, pierwsza to nie myśleć o markach polskich, a drugie to, ze ile się razy myśli, co Wy tam w domu teraz robicie, dodać sześć godzin. […] Jutro się z hotelu wyprowadzam ku mojej wielkiej radości. Pracownie mam tak wyposażoną, ze oprócz łazienki, ogrzewania, pościeli (ile razy chce mogę zmienić, byleby praczkę zapłacić), jest i maszynka gazowa z kuchenka, porcelana, łyżki, widelce i noże, jednym słowem cale gospodarstwo. Nie dość na tym, ale ponieważ to dom specjalnie dla malarzy cały budowany i jest na dole klub artystów i doskonała a tania kuchnia, wiec mam windę specjalnie i telefon, i potrzebuję tylko zatelefonować, a wszystko co chce, jedzie winda d góry. Służba bierze 40 centów za godzinę sprzątania. […] tylko sztalugi musiałem kupić. Prosta zwykła sztaluga 17 dolarów (koło 4000 marek), ach te marki, te marki. […] – Twój Wojtek

963. New York, 6 października [1920 r.] Mańciu najdroższa żono, […] Toteż teraz nie przyjmuje zaproszeń na obiady, jeno jak najwięcej malować i mieć gotowych rzeczy, żeby Mańci niedługo jakiś ładny przekaz posłać, chciałby tysiąc dolarów (ćwierć miliona), a gdy się już wczoraj pytano, co kosztuje portret, powiedziałem bez wahania, czyli jeden milion dwakroć sto tysięcy [marek]. I jeżeli myślisz, ze do tego niebawem nie przyjdzie, to się, Maniusia, mylisz jak żywo. Momo, słuchaj, kochanie, jak widzę, co tu za drożyzna i jak podle męskie rzeczy, żałuje bardzo, żem więcej ubrań nie wziął ze sobą […]. Dobrze mi tu będzie, czuje, za dużo  mam życzliwych, aby miało być inaczej, ale jak zrobię te tysiące, Boże, jak ja będę gnał! Jak ja, Maniusiu, będę do Was gnał. […] Zaproszony jestem do Waszyngtonu do nich, oni pojutrze tam jada. Wyznaczone już tam miejsce na wielki obraz, który ja mam malować: Pułaski pod Savannah (ale byleby on, ambasador, nie płacił), niech się Polonia złoży, niech dadzą 15 000 dolarów, to im namaluje takiego Pułaskiego, co aby niepodobno. […] – Twój Wojtek

 965. New York, niedziela 10 października [1920 r.] Moja Najdroższa […] Nie, Momo drogie, nie na darmo będzie to przedsięwzięcie. Lada dzień będę przedstawiony jeneralowi Pershing (to taki Foch amerykański, także z tej wojny). Będę go robił dużego na koniu, czy za darmo, czy jak tam, pewnie jeden dla niego za darmo, a kilka repetycji dla większych stolic, klubów, itd. To od razu może mnie zrobić nawet na dolary bogatym. […] Ach Momo drogie, jak ja będę podpisywał ten pierwszy czek na Ciebie chociażby tylko na marnych tysiąc dolarów 9250 000 marek), a tak mi się widzi, ze to bardzo prędko przyjdzie. […] – Wasz Tato

966. New York 16 października [1920 r.] Mańciu Najdroższa. Zaczyna się walka o miliony. Mam już piec bardzo dobrych (ale to bardzo dobrych) rzeczy, jutr będą już w ramach i passeparttout. Dałem dziś sygnał moim przyjaciołom Polakom i Amerykanom, ze mogą już w wielki bęben reklamy uderzyć. Pole dla mnie szalone, ani jednego, co by konie malował, ani jednego, co by rzeczy w ruchu czy to batalistyczne, czy „polo” robił, ani jednego! Klimat cudowny, na dworze można robić cały rok. Myślę, że za dwa, trzy tygodnie zacznę robić pieniądze. Jutro kończę nieduży obrazek w ruchu, a gdy Polaków malarzy pytałem, ile go zacenić (ja myślałem jako maksimum 500 dol. – 125 000 m.), powiedzieli mi jednomyślnie 200 (sic) dolarów = 600 000 marek i ze nie wolno mi niskich cen stawać. Ano spróbuję zawsze można coś niecoś ustąpić. […] – Twój Wojtek

967. [New York]  21 października [1920 r.] Moja najdroższa. […] Kto wie, czy za kilka dni nie nadejdzie upragniona chwila wysłania pierwszego czeku dla Ciebie, moje Momo najdroższe, kochane. […] – kochający Was Tato

968. [New York] wtorek 26 października [1920 r.] Moja najdroższa. […] Ceny stawiam horrendalne, chociażby przetrzymać trochę. Dziś mnie się pytano o cenę obrazka niedużego (huntsman z psami), powiedziałem 900 dolarów, czyli 180 000 marek. Nie t nie, ale im się tanie rzeczy nie podobają. […] Momo drogie, nie dziw się, ze pomimo tego wszystkiego jeszcze żadnego czeku nie dołączam. Nie boj się, pierwszy czek na chociażby tysiąc dolarów na Twoje imię będzie mi nagrodą za wszystkie wysiłki na starość, ale nie popuszczę cen, niech wiedza, ze mnie trzeba dobrze płacić. Za miesiąc będziesz już mieć w rękach numer „Timesa” i innych gazet tutejszych z całymi kolumnami artykułów o mnie. Potem przyjdą fragmenty ze Wspomnień (do których pisze dalszy ciąg: Wojna z ilustracjami), za te fragmenty będę mi osobno płacić te redakcje, które je wydrukują, potem przyjdzie książka (na Wielkanoc). Gdy pokup ustanie, znowu inne fragmenty (i inne pieniądze), ażeby znowu inni, co tamtych nie czytali, zainteresowali się nią. To spryciarze dopiero. Gadać z nimi o interesach, to się widzi dopiero, jak my w starej Europie dziecinno-naiwni. […]  – Twój Wojtek

969. [New York] 30 października 1920 r. Moja najdroższa, moja droga, kochana Manciu. O Boże, jak mi tęskno za Wami, a za Toba najwięcej. Zobaczysz, jak da Pan Bóg, ze wrócę, jak Ci te wszystkie umartwienia z procentami opłacę. Żyje w ciągłej gorączce, wielka batalia o dolary się zaczyna, za tydzień we wszystkich pismach tutejszych fotografie z moich obrazów i moje, i po cywilnemu, i w mundurze. Fotografy rządzą się w mojej pracowni, bo każdy dziennik przysyła swojego. […] Ale wiesz Manciu, co Ci powiem?, ze jak Pan Bóg da nie 100 000, ale  50 000 dolarów na czysto zarobić, to z taka radością, z taka szalona wrócę do domu o jakiej sobie pojęcia wyobrazić nie można. […] Z 15 portretów po 5000 dol. Zrobić 75 000 = dwadzieścia parę milionów naszych marek, a najważniejsze z tego już mam, bo sposobność zrobienia najcudniejszego portretu konnego, jaki sobie wyobrazić można. Toteż cieszę się, Momo moje drogie, szalenie. O Boże, wracać do Was obładowany z Paryża, dopiero się tu widzi, ale co tam Paryż, cala Europa jest wielka pani wobec tej holoty tutaj. […]  Ale mniejsza z tym, niech mi tylko dadzą zarobić te moje 20 milionów, to będę o nich zawsze z sympatia mówił. Ale Zdechlika i powroźnika zaraz, Momo, kupujemy. [posesje sąsiadujące z Kossakowką] – Wasz Wojtek

970. [New York], 14 listopada 1920 r. Momo moje drogie, kochane. […] Oprócz tego wszystkiego był u mnie przedwczoraj nasz ambasador Lubomirski prosić mnie na 17-go na wielki obiad na moja intencje do Waszyngtonu (cztery godziny jazdy stad) d nich. Mam tam poznać także takich, co musza być moimi klientami, i wziąć miarę na wielki plafon historyczny, „Śmierć Pułaskiego pod Savannah” dla ambasady polskiej. Ponieważ to ogromny sufit i wielka robota na bardzo dużym płótnie, wiec powiedziałem Lubomirskiemu, że z kosztami nie mógłbym robić za mniej jak za 20 000 dolarów, czyli 10 milionów naszych marek, że zaś na to ani nasz rząd, ani ambasada pieniędzy ani nie da, ani nie ma, więc niech zorganizują akcję pomiędzy bogata Polonia i  Amerykanami, przyjaciółmi Polski, aby te sumę zebrali, to będziemy interes robi. Jednym słowem, Momo moje drogie, Bóg jeden widzi, z jaką radością bezmierną wsiądę na okręt idący ku starej Europie, ale nie wsiądę inaczej jak milionerem, bobym był fujara. Wszystko dotąd mądrze i dzielnie przygotowałem, teraz mogę rozpocząć działanie złotodajne. 

971. Waszyngton, 18 listopada 1920 r. Moja najdroższa Maniusiu, kochane Momo. […] Ten plafon, co mam robić, jest tak długi prawie jak „Krwawa niedziela”, ale niższy dwa kwadraty, sympatyczny format (chwała Bogu, ze nie owal, bo do batalii to byłby absurd) i rzecz dla mnie bardzo łatwa. Otóż ten obraz ma zapłacić bogata Polonia. Powiedziałem, ze najmniejsza możliwa cenę (ze względów patriotycznych) stawiam 15 000 dol. (około 7 milionów naszych marek biednych). […] Crowfordy od zmysłów odchodzą z radości, ale nie wiem jeszcze co zapłacą, za to już jest nowy, tym razem oficjalny z cena umówioną portret konny także dziewczynki, sąsiadka Crawfordów mężowi na Gwiazdkę. Będzie u mnie pojutrze obmówić sprawę, jeżeli mniejszy to 2000 dol. (pierwszy milion), jeżeli większy jak ten miss Crawford to od 4 do 5000 (dwa miliony). I pomyśl sobie, ze to prawda i rzeczywistość, a musza wszyscy do mnie przyjść, bo im nikt tego nie zrobi.  Poczekajta Wy tam wszystkie trzy moje najdroższe, będę ja Wam dogadzał, ale jak tylko przyślę pierwsze, kupuj, Momo, sąsiadów, nie pytaj. […] Tak, Momo drogie, takie czasy, ze trzeba mieć miliony, inaczej ani podroży żadnej, ani auta, ani innej pociechy na stare lata i na uwiąd starczy. I zrobię, zobaczysz. […]

972. New York 20 listopada 1920 r. Moja najdroższa. Najpiękniejszy dziś dla mnie dzień, bo z moich małych obrazków sprzedałem dziś jeden (robiliśmy go z Cockiem parę razy), ten zmarznięty ułan, co idzie z koniem po śniegu w słońcu. Zażądałem skromna cyfrę 700 dol. (około 300 000 marek), dostałem w końcu 500, tanio jużci, bardzo tanio, ale zawsze to przeszło 200 000 dla Maniusi  i córek na Gwiazdkę. Mam już czek w kieszeni i jutro idę do banku przekazać Ci go zaraz. Pierwsze pieniądze! Toteż kupcie sobie futerka i co Wam, najdroższe moje, potrzeba, bo teraz to już pójdzie. […] Posłałbym Ci chętnie dolary, ale kiedy nie można, tylko przez bank, a nasze banki wypłacą Ci w markach, chyba ze okazja, ale to musi być ktoś pewny, bo może powiedzieć, ze mu zabrali przy rewizji, i co potem robić. Za to następne, jeżeli będzie pewna okazji, to ci prześlę w dolarach […] Ach, żeby tylko tych somsiadów prędko wykupić, póki nasze marki tak nisko stoją. […]  – Wojtek

W okresie międzywojennym malarz przebywał kilkukrotnie w Stanach Zjednoczonych. Pamiętać należy, że wyjeżdżając w 1920 r. do Ameryki, Wojciech Kossak, ur. 1856 r., miał 64 lata. Z tego okresu pochodzi m.in. „Portret konny generała Johna Pershinga”. W czasie II wojny światowej odmawiał Niemcom wykonywania dla nich zleceń. Tak zrobił m.in. w 1941 r. kiedy odprawił z kwitkiem wysłannika Hansa Franka.  

Na podstawie „Wojciech Kossak. Listy do zony i przyjaciół 1883-1942, tom II: lata 1908-1942”. Wybór, opracowanie, wstęp, przypisy, indeksy Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1985, s. 236-265 oraz https://ipn.gov.pl/pl/historia-z-ipn/188772,Wojciech-Kossak-wybitny-malarz-ktory-odmowil-Hansowi-Frankowi.html

Na zdjęciu polski Minister w Stanach Zjednoczonych Jan Ciechanowski (z prawej) wręcza Sekretarzowi Wojny Dwightowi F. Davisowi portret generała Johna J.Pershinga, który namalował Wojciech Kossak. Portret jest prezentem dla Akademii Wojskowej Stanów Zjednoczonych w West Point, źródło: Biblioteka Kongresu Stanów Zjednoczonych

Więcej o historii waluty polskiej w Odrodzonej Polsce można przeczytaj w ”Obserwatorze Finansowym”

Podobne wpisy