Akcja Pruszkowska – ratować co się da
Niemcy podczas szabru w ruinach Warszawy, po X 1944 r. Fotografia z albumu Hermana Staake, niemieckiego policjanta z Piły. Fot. Muzeum Okręgowe w Pile Sygn. MOP-2960/10/Fot9
Po upadku Powstania Warszawskiego, na podstawie układu podpisanego z Wehrmachtem strona polska uzyskała możliwość ewakuacji z miasta części dóbr kultury. W punkcie 10 układu o zaprzestaniu działań wojennych w Warszawie z 2 X 1944 r. ustalono, że umożliwi się ewakuację przedmiotów posiadających wartość artystyczną, kulturalną i kościelną. Dowództwo niemieckie dołoży starań, by zabezpieczyć pozostałe w mieście mienie publiczne i prywatne[1]. Oficjalna akcja, prowadzona w dużej mierze we współpracy i za zgodą Niemców, w zamyśle miała trwać jedynie dwa tygodnie i w literaturze nadano jej nazwę akcji Arnhardta. Ocalonych mogło zostać nie więcej niż sto tysięcy tomów. Akcja, której sztab mieścił się w Pruszkowie, mogła być w każdej chwili przez okupanta przerwana. Po jej zakończeniu zapowiedziano spalenie tego, co w stolicy pozostało.
W jej ramach 16 października 1944 r. dyrektor Muzeum Narodowego Stanisław Lorentz wraz z innymi pracownikami muzeów, archiwów i bibliotek został wywieziony z Muzeum do Pruszkowa. Stamtąd każdego dnia ciężarówkami wracali do Warszawy, przygotowując zbiory do wywiezienia do Rzeszy, przez co dawano im szansę na ocalenie. Wacław Borowy tak opisywał te działania: Przykładać się do wywożenia naszych książek do Niemiec jest oczywiście rzeczą bardzo przykrą. Ale w tej chwili jedno wydaje się: że w piekle nawet będą bezpieczniejsze niż w przeznaczonej (najwidoczniej) na całkowite zniszczenie Warszawie[2].
Jednak ekipa polskich muzealników, archiwistów i bibliotekarzy, pod kierownictwem Stanisława Lorentza, wywoziła z Warszawy zbiory muzealne, biblioteczne i archiwalne. Akcji podjętej poza oficjalnym obiegiem akcji Arnharda, w tajemnicy przez hitlerowcami i prowadzoną z narażeniem życia nadano miano akcji Pruszkowskiej. Kierowali nią: Stanisław Lorentz (muzea), Witold Suchodolski (archiwa), Józef Grycz (biblioteki), Jan Zachwatowicz i Edward Strzelecki, Piotr Biegański, Stanisław Herbst, Bohdan Guerquin, Stanisaw Feliksiak, Stanisław Adamczewski, Stanisław Żeromski. Podczas codziennych wyjazdów do Warszawy, Polacy próbowali więc przechytrzyć nadzorujących ich SS-manów i przy pomocy wielu zwykłych ludzi (szoferów, cieśli, murarzy), których zabierali ze sobą z Pruszkowa, zakopywali lub zamurowywali to, czego nie udało się wynieść. Niektórzy ze szlachetnych pomocników przypłacili to życiem. Oto jak wspominał to uczestnik akcji profesor Stanisław Lorentz:
Z tysiąca różnych dzieł można było wybrać i dać szansę ocalenia trzem czy pięciu. Resztę przeznaczało się na zagładę. Trzeba to dobrze pojąć – to napięcie wewnętrzne, gdy każdy z nas musiał ratować 50 lub 100 000, ale też musiał skazać milion na spalenie.[3]
Szeroki opis brawurowej akcji ratowania polskich zbiorów opisał Robert Jarocki w książce „Sztuka i Krew”: Przed wyjazdem z Pruszkowa, pospieszne śniadanie bibliotekarzy. W ciasnym sklepiku, na stojąco, piją cieniutką herbatę słodzoną sacharyną i jedzą chleb z kiełbasą serdelkową. Wymiana sprawdzonych wiadomości, plotek oraz zasłyszanych z nasłuchu BBC informacji. Króluje „chciejstwo” – że w Polsce pojawią się spadochroniarze alianccy, że Zachód nie zostawi nas na łasce Stalina[4].(…)
Poniżej kolejny fragment z książki R. Jarockiego, przybliżający codzienną walkę o skrawki polskiej kultury: Pierwszy wyjazd do Warszawy nastąpił 2 XI. Gdy ciężarówka wjechała na plac Zbawiciela, Stanisław Herbst się przeraził. Na rogu Mokotowskiej pod № 17 palił się dom, w którym na III piętrze w mieszkaniu jego teścia, Brunona W. Korotyńskiego, znajdował się jeden z największych i najznakomitszych zbiorów varsavianów. Paliło się płomieniem V piętro, a dym buchał z okien IV. Zachwatowicz polecił zatrzymać wóz na rogu Mokotowskiej. Mimo sprzeciwu żandarma, który pokazywał, że tego punktu nie ma na niemieckim zezwoleniu, wszyscy Polacy chwycili worki i biegiem ruszyli na III piętro. Dym już się snuł po pokojach, ale książki jeszcze stały na półkach. Herbst w wielkiej koncentracji i pośpiechu zaczął wybierać najcenniejsze książki i teczki, a reszta ładowała worki i zbiegała z nimi do samochodu. W mieszkaniu było już bardzo gorąco, ze schodów i górnego piętra dochodziło potrzaskiwanie ognia i było słychać łomot walących belek. W ciągu godziny udało się jednak przenieść cały zbiór w kilkudziesięciu workach i odjechać na Lwowską. Kiedy ekipa wracała tą samą drogą trzy godziny później, dom palił się aż do piwnic[5].
[1] Mrozowicz Daria, Ratowanie zbiorów bibliotecznych z ruin stolicy, czyli Akcja Pruszkowska (część 1), dostęp online 17 IX 2019 r., https://www.pruszkowmowi.pl/2015/03/ratowanie-zbiorow-bibliotecznych- z-ruin-stolicy-czyli-akcja-pruszkowska-czesc-1/
[2] Portal PruszkówMówi.pl, Ratowanie zbiorów bibliotecznych z ruin stolicy, czyli Akcja Pruszkowska (część 2); dostęp online 24 I 2020 r., https://www.pruszkowmowi.pl/2015/03/ratowanie-zbiorow-bibliotecznych- z-ruin-stolicy-czyli-akcja-pruszkowska-czesc-2/
[3] Mrozowicz Daria, Ratowanie zbiorów bibliotecznych z ruin stolicy, czyli Akcja Pruszkowska (część 1), dostęp online 23 VI 2019 r., https://www.pruszkowmowi.pl/2015/03/ratowanie-zbiorow-bibliotecznych- z-ruin-stolicy-czyli-akcja-pruszkowska-czesc-1/
[4] Jarocki Robert, Sztuka i Krew …, s. 218
[5] Jarocki Robert, Sztuka i Krew …, s. 206
